Oj działo się podczas tego wyjazdu, działo. Wyjazd jak ich wiele, tego na pewno o tym wypadzie nie można powiedzieć. Wielka ściana, widmo brockenu, nieplanowany biwak itd. No, ale po kolei.

Zaczęło się jak zwykle późnym wieczorem, ale od nie jak zwykle długiego podejścia. Start z Wyżnych Hagów na wysokości 1100 do Batyżowieckiego stawu na wysokość 1880, łatwo policzyć. Oprócz szpeju w plecakach sprzęt biwakowy i jedzenie na dwa dni też robi swoje, niestety wielka ściana wymaga wielkiego wysiłku, a jak wielkiego dowiemy się dopiero jutro.
Kolebę udaje się szybko znaleźć mimo ciemności i idziemy spać o przyzwoitej porze tzn przed północą. Zegarki budzą nas za 15 piąta ale jest ciemno i wieje zimny wiatr, czekamy więc na wschód słońca do 15 po piątej i dopiero wstajemy. Pogoda jak marzenie, bezchmurne niebo, czy aby na pewno jesteśmy w Tatrach ? Pod ścianę podchodzimy po siódmej i koło ósmej zaczynamy się wspinać. Droga Galfiego na południowo-zachodniej ścianie Gerlacha, V+,A0, 6 wyciągów a potem już tylko 200 m na szczyt, tyle schemat. Rzeczywistość okazuje się dużo „ciekawsza”.
Po 6 godzinach wspinania dochodzimy do siodełka, nasze zdania co do przebiegu dalszej drogi zaczynają się mocno różnić.
-Tutaj jest jakaś gładka płyta, a za nią długa i ostra grań. - A miało być 200 m na szczyt, co prawda nie pisało, że w łatwym terenie.
- Poczekaj dojdę do ciebie. – Tak to chyba nie tędy, wycofujemy się na siodełko.
Na siodełku próbujemy różnych wariantów, wspinaczka w wejściu i w zejściu, z asekuracją i bez. Czas zaczyna nas gonić, wszędzie przepaście i tylko pętle do zjazdu, wszystko wskazuje na to, że droga biegnie jednak przez gładką płytę i ostrą grań. Dzwonimy do Andrzeja, który robił kiedyś tą drogę, całe szczęście pamięta dobrze ten fragment i potwierdza nasze podejrzenia. Gładka płyta okazuje się nie aż tak gładka, natomiast ostra i długa grań jest jednak ostra i długa na 6 wyciągów. Czasu coraz mniej, a droga zejściowa prowadzi przez szczyt do batyżowieckiego żlebu. Gonimy więc z lotną nie zakładając prawie asekuracji. To co wydawało się szczytem jest tylko turnią w grani, a za nią wyłania się jakaś wielka góra, ładne mi 200 m. Wiemy już, że tej nocy możemy nie spędzić w naszej kolebie nad stawem, w żlebie czeka nas jeszcze batyżowiecka próba, oby tylko do niego dotrzeć.
Na wierzchołku meldujemy się 19.30. Widok jest niesamowity, morze chmur, z wystającymi wierzchołkami szczytów, sięga aż po horyzont, nad którym wisi zachodzące słońce. Nisko położony Poprad potęguje wysokość, czujemy się jak w Alpach. Szybko robimy zdjęcia, telefon do żony i byle szybko w dół do żlebu, wtedy nagle widzimy nasz cień w tęczowej otoczce na wiszących poniżej wierzchołka chmurach – to widmo brockenu.
Nie mamy czasu na podziwianie tylko szybkie zdjęcie i biegiem w dół po łańcuchach.
Niestety nasze przewidywania się sprawdzają, do batyżowieckiej próby dochodzimy po zmroku. Klamry zejściowe ukryte są za załomem skalnym, nie widzimy ich i nie mamy pewności co do dalszego przebiegu drogi w dół. Ubieramy więc na siebie wszystko co mamy, lina pod 4 litery i czekając świtu rozpoczynamy długi monolog z gwiazdami. Bardzo długi. Noc jest piękna, czyste rozgwieżdżone niebo i wędrujący po nim księżyc, który rozświetla całą batyżowiecką dolinę. W dole jakieś trzy zagubione czołówki, nie jesteśmy sami tej nocy, gasną szybko pewnie też odpuścili dalsze schodzenie po ciemku. Temperatura w nocy spada do 5 stopni, nie ma mowy o jakimkolwiek śnie, rozpoczyna się walka o każdą minutę. Koło 2 księżyc zachodzi za otaczające szczyty, robi się jeszcze ciemniej i jakby zimniej. Czy może być zimniej? Po porannym wstawaniu wiemy już że wschód słońca jest 15 po piątej. Wytrzymujemy do trzeciej, potem robimy pompki i przysiady, jednym słowem poranny rozruch. Grzesiowi udaje się jeszcze przed samym świtem zdrzemnąć, a mnie w szarzejącym świcie odnaleźć zejściowe klamry.
Zmarznięci i wyczerpani wczorajszym wspinaniem i zimnym biwakiem decydujemy się nie schodzić tylko wykonać zjazd na linie. Okazuje się to strzał w dziesiątkę, 50 m i mijamy większość trudności, pozostają nam tylko strome łańcuchy i jesteśmy w dolinie.
Nad stawem jeszcze panuje cień, ale ubywa go bardzo szybko i widać że jak dojdziemy do naszej koleby będzie tam już tylko rozgrzewające słoneczko. Co za radość jemy i śpimy wylegując się na słońcu na przemian. Nisko nad głowami mamy wirujące białe kłęby rzadkich chmur, jak w kinie 3D.
Po południu schodzimy do Wyżnych Hagów bardzo powoli, czuć że w nocy nie wystąpił proces regeneracji. Autem jadę może 40 min i jeszcze przed Podspadami zjeżdżam aby dospać pół godziny.
Wyjazd na Gerlach udał się w 200 procentach i choć miał to być wyjazd w Alpy to zastąpił go z godnością.
Tomek
| Załącznik | Wielkość |
|---|---|
| IMG_5153.JPG | 408.54 KB |
| IMG_5159.JPG | 302.76 KB |
| IMG_5161.JPG | 185.47 KB |
| IMG_5165.JPG | 162.06 KB |
| IMG_5179.JPG | 182.64 KB |
| IMG_5181.JPG | 187.81 KB |
| IMG_5182.JPG | 175.65 KB |
| IMG_5194.JPG | 482.68 KB |
| IMG_5199.JPG | 424.54 KB |
| IMG_5204.JPG | 444.7 KB |
| IMG_5153v2.jpg | 70.59 KB |