Godzina 22, jedziemy w aucie, nareszcie udało się wyrwać codziennym obowiązkom.
Miał to być wyjazd rozgrzewkowy przed „wielkim” wspinaniem w Alpach. Jak zwykle ambitne plany zweryfikowało życie i pogoda. Tzn mieliśmy jechać wtedy kiedy jest pogoda, a życie wybrało inny termin. No ale lepszy wróbel w garści….
Zostawiamy więc dolinę batyżowiecką i wielką ścianę Gerlacha - jedziemy na hale. Mamy już informacje, pogoda jest stabilna, dziennie koło 12 burza. Wczesne wstawanie mamy więc zapewnione, też mi nowość.
Godzina 1, Kuźnice, czy ktoś mówił o wczesnym chodzeniu spać, idziemy w kierunku hali. Niema to jak nocny bieg z worami przed krótkim snem i trzema dniami wspinania. Po drodze kładziemy się na 3 godziny, o 5 pobudka. Zasypiam z uczuciem deja vu, czy nas ktoś w tych górach goni?
Wschód słońca, biegniemy do Betlejemki (jedni lubią chodzić inni biegać czy jakoś tak, a ha to my lubimy…biegać!!?), na dziś nie mam partnera liczę na łut szczęścia żeby nie stracić dnia, no i pewnej pogody do 12-tej. Niestety wszyscy już wyszli, szybki telefon do Pawła i szczęście się uśmiecha.
- Jesteśmy w trójkę, idziemy na Granaty dogonisz nas.
- Tak ale nie mam liny, a Adrian z którym jestem umówiony na kolejne dni, śpi jak zabity, nie można go dobudzić.
- Trzeba było tak od razu, lina jest na górze za drzwiami, na pewno nas dogonisz.
- Dzięki dobrzy ludzie, w takim razie lecę, zaczekajcie…
37 min na Granaty, myślę że się rozgrzałem, obym dał tylko radę zawiązać ósemkę po tej „rozgrzewce”. Wspinamy się we czwórkę, z Pawłem, Gosią i kursantem Pawła z Warszawy. Idzie im dobrze. Prawe żeberko robiłem w zimie, droga kursowa bezstresowa, stanowiska atestowane jak w skałach, dużo haków, ale choć ma niską wycenę na brak pionu i powietrza pod nogami nie można narzekać. O godzinie dziesiątej kończymy 4 wyciągową drogę i zaczynamy schodzić, pierwsze chmury już się zebrały, godzina 11 pierwsze krople, a o 12 wiadomo burza, uff zdążyliśmy. Wyciągam z plecaka podejrzany u starszych kolegów patent na tatrzańską aurę czyli… spadochron, nie nie oczywiście parasol i dalej do Betlejemki.
-Jesteś suchy..!?
-Miałem parasol.
Leje. Reszta dnia upływa na górskich opowieściach. Wieczorem przychodzi Maciek, którego znam z artykułów light & fast.
-Gdzie jutro idziecie.
-Na Aligatora. Jest stulecie pierwszego przejścia zamarłej turni. Na klasycznej będzie Adam Zyzak z zespołem.
Noc wygwieżdżona, śpię więc znowu pod gołym niebem, o 4 wstajemy. 1 godz 20 min na Kozią i 6.30 jesteśmy pod drogą .Są smaki na 2 drogi, dziś dopiero o 14 ma padać, mamy więc dużo czasu. Niestety okazuje się, że nie zabrałem butów wspinaczkowych, suszyłem je wczoraj z dala od plecaka no i masz ci los taka wpadka, jak u młodego. No dobra ale co teraz, siódemkowy okap na Aligatorze w górskich butach?
Adam z ekipą już są i zaczynają swój wspin na klasycznej. Są też goście z Taternika będą się wspinać z nimi i robić zdjęcia do artykułu.
Przypomina mi się że Paweł miał wychodzić po nas, ale jak mu dać znać, tutaj nie ma zasięgu. Lecę więc wyżej i wyżej i dalej nic, jestem już prawie na Kozim Wierchu, w końcu jest zasięg, Paweł już wyszedł jest przy pomniku Karłowicza, ale wraca i ratuje sytuacje.
Zbiegam do Adriana, uciekło nam sporo czasu. Zastanawiamy się co robić. Paweł doradzał aby zrobić najpierw Wrześniaków, spotkać się z nim na górze, zjechać i już w butach wspinaczkowych próbować swych sił na Aligatorze. Ale chmur przybywa, co jak nie zdążymy i znowu tylko kursowa droga. Po chwili rozmowy okazuje się, że mamy z Adrianem ten sam rozmiar butów. Wbijamy się wiec w drogę z jednym kompletem butów wspinaczkowych. Okazuje się że grunt to dobrany zespół, zgodnie z zasadą light & fast, po co dźwigać 2 pary butów.
Próbujemy więc swoich sił na okapie, okap jest mokry i zabiera nam dużo czasu, Adrian jest bardzo ambitny i długo nie daje za wygraną, próbujemy więc obydwaj, w końcu udaje się.
Droga zrobiona ale na drugą nie ma co liczyć, jest późno i tak jesteśmy zadowoleni z aury że tak długo wytrzymała. Prognoza sprawdza się znowu jak w zegarku, przed drugą jeszcze na chwile się przejaśnia, ale grzmoty utwierdzają nas w decyzji o szybkim zejściu.
Schodzimy większą grupą, jest Paweł z Gosią no i moimi nieszczęsnymi butami, oraz ekipa z Klasycznej z Adamem na czele. Leje.
Adam po drodze wypatruje okap pod którym chowamy się na chwile przed deszczem.
Dziś w nocy nie śpię na zewnątrz, prognoza nie pozostawia złudzeń – burze. Korzystam z gościny Adriana, Adam jednak obstaje przy swoim i zasypia pod chmurką albo raczej chmurą i to nie jedną. Proponujemy aby w razie burzy wskoczył przez okno do środka. Adam tylko potakuje. Zaczyna padać. Leje całą noc, przechodzą burze. Jutro ma też padać ale na wszelki wypadek pakujemy plecaki i nastawiamy zegarki na 4. Budzę się przed budzikiem, burza i totalna zlewa, wyłączam więc budzik, mogę pospać z czystym sumieniem. Adam na zewnątrz wytrzymuje do wpół do 5tej, wchodzi przez okno i stwierdza że trzy burze mu wystarczą, Twarda sztuka.
Rano, razem z Gosią, wychodzimy bardzo późno, chyba koło dziesiątej, niebo zaciągnięte ale nie pada, zabieramy więc na wszelki wypadek plecak ze szpejem. Co będziemy się tak wałęsać bez obciążenia, a poza tym głupio by było patrzeć na schnącą i skąpaną w słońcu skałę bez liny i zabawek. Podchodzimy pod zachodnią Kościelca od stawów gąsienicowych, nie spotykamy nikogo oprócz pasącej się kozicy. Czyżby ludzie jednak zwracali uwagę na prognozę pogody przed wyjściem w góry, przecież jest sobota i wakacje ?
Zaczyna się wypogadzać, słyszymy Pawła z kursantkami na filarze Świnicy, ten to ma nosa. Przyglądamy się powoli zachodniej, słońce świeci ale skała mokra, wszędzie kapie. Idziemy wyżej w kierunku przełęczy i spotykamy Rybę z kursantami. Chcą zjechać Gnojkiem i jak będzie suchy wspiąć się tą samą drogą. My decydujemy się również na Gnojka ale bez sprawdzania czy jest suchy. O ambitnych planach wspinania na Gerlachu już dawno zapomniałem, teraz cieszę się że jestem w tatrach trzeci dzień i znowu udaje się powspinać. Znowu bezstresowa kursowa i do tego krótka droga, i jeszcze nowe stanowisko wklejone wczoraj przez chłopaków na początku drogi, takie miłe złego początki. Później okazuje się że skała jest mokra i śliska, buty wyjeżdżają ze stopni i że na trójkowych trudnościach może się przydać magnezja. Wspinamy się powoli, szkoda się zwalić na Gnojku. Po drodze mijamy zjeżdżającego Rybę z kursantami. Na szczycie budzimy zainteresowanie turystów, robią nam zdjęcia, nie wiedzą że zrobiliśmy jakąś łatwa drogę i to z magnezją. Zbiegamy szybko w dół, w Betlejemce okazuje się że Adi właśnie zjeżdża do Zakopanego i możemy się załapać na transport. Jak zwykle w biegu do samego końca, pędem do murowańca gdzie stoi betlejemkowa terenówka. Na miejscu mamy jeszcze trochę czasu, wchodzimy do murowańca coś zjeść. Mimo dużej kolejki dopisuje mi szczęście, ktoś nie odebrał kopytek i mogę zrealizować swoje zamówienie, gorzej z Gosią czeka na placek po węgiersku, a Adi dzwoni że wszyscy już w aucie i czekają tylko na nas. Wreszcie Gosia dostaje swój placek i… wskakuje z pełnym talerzem do Jeepa. W aucie niezły ubaw, Gosi udaje się dokonać niezłego wyczynu i zjeść placek w terenówce jadącej po kamieniach drogi do Brzezin, oczywiście bez zrobienia komukolwiek krzywdy widelcem oraz bez wysmarowania całego auta sosem. Brawo.
Wakacyjny wyjazd dobiegł końca, wyssaliśmy z tatrzańskiej pogody każdą suchą chwilę w ciągu tych trzech dni i mimo, iż nie był to Gerlach i wspinaczka życia, jesteśmy zadowoleni.
A na Gerlach i tak pojechałem, ale to już inna historia….
Do zobaczenia w Górach ….Tomek
| Załącznik | Wielkość |
|---|---|
| IMG_4948.JPG | 39.32 KB |
| IMG_4793.JPG | 112.37 KB |
| IMG_4810.JPG | 97 KB |
| IMG_4816.JPG | 106.12 KB |
| IMG_4830.JPG | 58.27 KB |
| IMG_4876.JPG | 110.76 KB |
| IMG_4887.JPG | 109.68 KB |
| IMG_4893.JPG | 77.62 KB |
| IMG_4908.JPG | 34.79 KB |
| IMG_4928.JPG | 39 KB |
| IMG_4938.JPG | 38.73 KB |
| IMG_4947.JPG | 40.18 KB |
| IMG_4948.JPG | 39.32 KB |